11 sty 2011

Garść pomysłów na miejsca, które znamy

Miałem okazję przeczytać już dziesiątki różnorodnych scenariuszy do gier fabularnych, ale tylko nieliczne poprowadziłem.  Przyczyny były różne i raczej nie chodzi tu, o jakość samych scenariuszy.  Bo akurat gramy w inny system, albo kompletnie nie pasuje do obecnie rozgrywanej kampanii. Jednak zawsze czytając scenariusze wyłapuję ciekawsze pomysły, wątki, sceny, nawet opisy miejsc i zapisuję w specjalnie przeznaczonym do tego minikajeciku. Potem nie raz wykorzystuję we własnych sesjach. Dlatego zamiast scenariusza wolę się podzielić paroma pomysłami, które będę ilustrował przykładami z własnych sesji.

Z dedykacja dla Jarasa
Pierwszy patent, o którym nie raz słyszeliście już podałem, coś oczywistego jak zapisywanie swoich i czyichś pomysłów na później. Zwłaszcza podczas oglądania filmów czy czytania książek. Ja swój notes noszę nawet na zajęcia czy pracy, czasem się przydaje. 

Druga moja propozycja to rozegranie sesji w miejscu, które jest znane nam i naszym graczom. Klub, miejsce pracy, uczelnia, pub, teatr, szpital. Długo można było by wymieniać. Wykorzystajmy te miejsca w naszych sesjach, wprowadźmy do nich postacie i sprawmy, aby nasi koledzy zaczęli patrzeć na nie w nowy sposób. Dodatkowym plusem jest to, że gracze znając te miejsca często dorzucają swoje pomysły np. „Wiem, że w okolicy jest sklep, więc idę kupić..”



Systemem, który najlepiej się do tego nadaje moim zdaniem jest „Zew Cthulu”, ale doskonale podczas sesji spisywały się też NWoD, Wampir, Wilkołak. Nie wykorzystywałem tego na razie w Cyberpunku, ale sądzę, iż nie będzie z tym problemu. 

Nie musi to być koniecznie też miejsce, w którym mieszkacie. Jesteś na wyjeździe gdzieś z graczami, czy to w górach czy na konwencie, a oni chcą żebyś coś poprowadził? Poprowadź im sesje w miejscu, w którym jesteście wykorzystując rzeczy, które mieli okazje widzieć. Jeżeli nie pasuje to do prowadzonych przez was kampanii proponuje rozegrać jednostrzałówkę.

Posłużę się tu przykładem mojej sesji, gdy gracze w Zewie poszukiwali młodszego kuzyna jednej z postaci. Trop prowadził do jednej z uczelni, na którą część graczy uczęszcza. Przed sesją udałem się do tego miejsca w poszukiwaniu inspiracji. Już po wejściu w jednym z rogów zobaczyłem drewnianą rzeźbę przedstawiającą mężczyzn zwróconych w czterech kierunkach świata. Myślę, że artysta wzorował się na słowiańskim bogu Światowidzie. Postanowiłem, że moi gracze na sesji spotkają się z kultem słowiańskich bogów mającym swoją siedzibę na uczelni. Studenci, profesorowie, pani z dziekanatu, wszyscy byli w to wmieszani.

Z kolei na kolejnej sesji dla równowagi udałem się na inną uczelnie, na którą też uczęszczają moi gracze. Przy wejściu stał posąg jaguara. Zwierze to pasuje bardziej do mitologii azteckiej niż słowiańskiej, dlatego postanowiłem nie wykorzystywać tego elementu. Za to na piętrze znajdowała się mała wystawa posążków przedstawiających sylwetki ludzi lub twarze połączone z kołami zębatymi, czy żelazkiem (Czego to artyści nie wymyślą). Podczas sesji w tych posążkach uwiezione były dusze ludzi, którzy wcześniej dowiedzieli się czegoś o kulcie, a nie powinni.  W ten sposób powstała świetna scena gdzie gracze próbowali po wykonaniu rytuału wydobyć informacje z figurek, które wzajemnie się przekrzykiwały i błagały o uwolnienie. 

Pokemony w wersji Cthulhu
Dalej poszukałem paru miejsc, w których moi koledzy nigdy nie byli, ale trafiły tam ich postacie. Na pewno każdy z was pomimo tego, że bywa codziennie w jakimś sklepie/markecie nie był nigdy na jego zapleczu, albo nigdy nie był w piwnicy budynku, w którym pracuje. Zaplecze sklepu może okazać się miejscem spotkań czarnego rynku, albo magazynem dla plugawych artefaktów. Piwnica - katakumbami, w których tak łatwo zabłądzić, gdzie mają miejsce podejrzane eksperymenty na ludziach, pełne zdeformowanych istot. W jednej z takich sal gracze odnaleźli w słojach żyjątka o dziwnych i plugawych kształtach (pamiętajcie, aby często podczas sesji Cthulu często używać słowa plugawe), stare księgi zapisane w niezrozumiałym języku, symbole na ścianach i podłodze.  Czyli wszystko, co powinno się znaleźć w siedzibie mrocznego kultu.

Jedną z sztuczek, która świetnie buduje klimat w sesjach ZC jest postawienie przed nimi niewytłumaczalnego zjawiska. Na tym samym bazuje popularność znanego serialu LOST. Gdzie ludzie całymi sezonami czekają na odpowiedź, której tak naprawdę nigdy nie mieli dostać. No, a gdy już nawet dostawali na jej miejsce pojawiały się dwie następne zagadki.

Moi gracze zetknęli się z taka sytuacja, gdy przyszli na jeden z wykładów w celu zadania paru pytań profesorowi. Ten jednak poprosił ich, aby nie przeszkadzali mu w zajęciach i poczekali na zewnątrz aż skończy. Gracze czekali na niego bardzo długo, aż w końcu zajrzeli do sali, która okazała się pusta. Przeszukali dokładnie każdy kąt, ale z auli nie było żadnego innego wyjścia prócz tego pilnowanego przez nich. Aby trochę podkręcić jeszcze atmosferę na biurku były okulary, przez które po spojrzeniu było widać na miejscach studentów kołyszące się cienie ludzi.

Zjawisko to można było wytłumaczyć jakimś rytuałem, czy też ukrytym przejściem, ale dopiero później w miarę rozwoju śledztwa. Niech gracze się nad tym głowią. Gra nie utknęła w miejscu i gracze do końca sesji nie próbowali rozwikłać zagadki, na którą nawet ja nie znałem odpowiedzi popchnąłem odrobinę akcję. Do sali wszedł inny profesor ze studentami, który miał prowadzić kolejny wykład. Gracze zasypali go dziesiątkami pytań, na które nie potrafił odpowiedzieć. Cienie, które próbowali mu pokazać zniknęły. Jedyna informacja, którą wyciągnęli od profesora to, że jeżeli chcą się spotkać z doktorem niech idą do dziekanatu.

No, a jak wyglądaj panie z dziekanatu każdy wie. Jeżeli jednak ktoś nie wie wystarczy obejrzeć parę filmików na You Tube wpisując dziekanat. Ja napiszę tylko tyle, że co prawda gracze zdobyli adres profesora, ale po wyjściu z dziekanatu myśleli tylko jak zabić tą miłą panią za biurkiem, a po sesji byli przekonani, że to właśnie ona stoi na czele całej tej intrygi albo jest nawet wcieleniem przedwiecznego. W roli takiej postaci z braku dziekanatu zawsze można wcielić strażnika albo jakiegoś ochroniarza, czy recepcjonistę, który posiada niezbędnie potrzebne informacje.

Druga taka sytuacja była, gdy odnaleźli zwłoki pewnego mężczyzny. Nie było by w tym nic tak niezwykłego gdyby przed 5 minutami nie wymienił z nimi paru zdań i wpuścił ich przez domofon. No a gdy jeden z graczy został z nim sam na sam wstał z fotela i złapał go za rękę. Cała akcja skończyła się wtedy odwiezieniem postaci gracza karetką do szpitala z powodu zawału. Aby graczy zbytnio nie ciągnęło do rozwikłania zagadki z denatem sprawiłem, że ciało zaginęło. Zresztą przydało się jeszcze później do innej sceny, w której było wyposażone w parę dodatkowych macek.

Przejdźmy jednak do następnej kwestii. Gracze dotarli do domu profesora, włamali się do niego i dokładnie przeszukali. W piwnicy odnaleźli postać bladej kobiety, umazanej krwią, o nienaturalnie długich paznokciach i nogach… po prostu zmorę ze słowiańskich wierzeń. Wtedy moim graczom jakoś nie przeszkadzała nienaturalność kobiety, pomimo parokrotnego dawania im znać, że naruszenie jej przestrzeni to nie jest jednak najlepszy pomysł. Zmora zabiła wtedy postacie, a gracze udali się do domu będąc pewni, że to już koniec gry i za tydzień robią nowe postacie. Jednak na następnej sesji dałem im kary postaci policjantów, do których zgłosiła się kobieta widząc włamanie do swojego sąsiada. Na miejscu włamania odnaleźli niezwykły bałagan, a w piwnicy trzy trupy. Trzy trupy, po których obejrzeniu zorientowali się, iż właśnie znaleźli swoje stare postacie. Żałuje, że nie miałem wtedy aparatu, bo miny graczy były bezcenne.  Jednak ważne jest, aby wszystko opisać w taki sposób, aby gracze dopiero widząc ciała zorientowali się o tym, kim są denaci.

Zakończenie odbywało się przy dobrze znanym nam dębie. Cała moja drużyna nie raz przesiadywał przy tym drzewie spędzając czas na gadaniu ze znajomymi. Na sesji w tym miejscu kultyści odprawiali rytuał przyzywający Abhotha (Sekta sama do końca nie wiedziała, co przyzywa, jedynie to, że coś potężnego). Źródło nieczystości pojawiło się wypływając z dziur drzewa przy okazji pochłaniając paru kultystów. Graczom ostatecznie udało się przy pomocy paru policjantów odprawić rytuał odpędzający bożka i złapać część kultystów. Na zakończenie  przełożony, po przeczytaniu oddanego mu raportu graczy i policjantów, którzy przeżyli, wysłał na bezpieczny urlop do zakładu psychiatrycznego

7 komentarzy:

  1. osobiście uważam, że pozwalanie na stykanie się graczy z jakimiś plugawymi plugastwami troche zabija grozę... jak w przypadku opisanego przez Ciebie spotkania z bladą kobietą. Nauczeni przez inne systemy by walczyć podjęliśmy walkę po to tylko by zginąć marnie. To samo próbował robić imć kolega Mqrcel i wg mnie z trochę lepszym skutkiem.

    Inną sprawą jest osadzanie sesji w znajomych miejscach. Gdy coś tajemniczego, plugawego i plugawie przerażającego sie wkrada w miejsca gdzie na codzień się pojawiamy inaczej zaczynamy na nie patrzeć.

    Ja też mam dedykację dla Jarasa: http://www.octodadgame.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Kawał dobrego arta! :) W podobnym stylu prowadziłem kilka miesięcy temu Shotgun Diaries (to taka mała gra Johna Wicka o zombie), którego akcję umiejscowiłem w Toruniu, gdzie wszyscy obecnie mieszkamy. Eksploatacja miejsc każdemu znanych, często odwiedzanych (a la biblioteka uniwersytecka, pobliska stacja benzynowa itp.) i dodawanie im interesujących kontekstów daje w rezultacie naprawdę potężny efekt :)

    Pozdrawiam!
    Nadiv

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzięki za liczne dedykacje :).

    Macki i Pokemony rządzą :P!!!

    OdpowiedzUsuń
  4. a mnie by się podobało wziąć udział w sesji, której akcja toczyłaby się w miejscu mi dobrze znanym... nie to co jakieś tam Oslo, którego do tej pory nie mogę sobie wyobrazić, cóż trzeba by było tam pojechać:D

    OdpowiedzUsuń
  5. @Nadiv
    Dzięki za odwiedziny. Kampania z zombie w rodzinnym mieście to świetny pomysł. Kiedyś będę musiał sam spróbować. Chociaż na razie moja ekipa ma chyba dosyć kampanii z nieumarłymi w tle i roli głównej ;)

    @Dorota
    Co do wyjazdu, ostałem zaproszenie ostatnio na Roskilde Festival: Forside. Może to nie Oslo, ale zawsze bardziej na północ ;P

    @Pit
    Cały czas mam wrażenie, że masz mi za złe śmierć twojej postaci. Faktycznie mogłem to zrobić inaczej, ale sam pamiętasz. Przed sesja spędziłem sporo czasu tłumacząc, że Zewa zamierzam prowadzić inaczej niż gramy zazwyczaj, podkreślałem różnice. Przed atakiem zmory też jednoznacznie dawałem wam do zrozumienia, że wchodzenie do pomieszczenia zamkniętego na parę zamków wzmocnionymi drzwiami i śladami jak by z środka próbowało wydostać się coś z ogromną siła zaginając metal. Ślady krwi wewnątrz pomieszczenia i resztki mięsa, sama nienaturalna postać zmory. Zanim zakatowała, czy podczas walki cały czas mogliście uciec, ale szliście w zaparte próbując walczyć nieuzbrojeni w nic prócz policyjnego pistoletu w ciasnym, ciemnym pomieszczeniu.

    Co byś na moim miejscu zrobił w takiej sytuacji? Jeżeli klimat grozy został zabity to nie tylko przeze mnie. No i dodam, że moja pierwsza postać w zewie zginęła w podobny sposób ;)

    Nie miałeś okazji być na kolejnej sesji zewa, ale związku z śmiercią waszych postaci wyszło parę świetnych akcji jak np. znalezienie zwłok starych postaci przez nowe. Poza tym jak już parę razy proponowałem, ta śmierć to nie koniec waszych postaci. Mam parę pomysłów do kolejnej sesji gdybyście się zdecydowali kontynuować grę nimi.

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie no rozumiem, że to po części była nasza wina i przyznaję, że mea culpa itp. Powiem tak: gdybys nas nie zabił to byś był cieniasem, którego można dać tylko Yog Sothothowi na pożarcie:P (obrazek: http://www.elfwood.com/art/d/e/demodus/yog_sothoth.jpg ) Żałuję nieZmiernie, że nie mogłem uczestniczyć w dalszych przygodach. Liczę na to, że uda nam się jeszcze raz zagrać w Cthulhu:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Hm, granie w miejscach dobrze znanych graczom ma tylko - jak dla mnie - jeden słaby punkt: wszyscy gracze muszą je znać ;P (odkrywcze). A.k.a. - trudno by było stworzyć podobny efekt gdyby drużyna składała się z paru osób 'spoza' kręgu znających daną lokalizację.

    Muszę jednak przyznać, iż gracze lepiej się jakby 'czują' gdy grają swoimi postaciami w znajomych im (czyt. graczom) okolicach - vide moja ostatnia kampania Wampira:Maskarady, podczas prowadzenia której doszedłem do podobnych wniosków co Ty tutaj.

    Btw, w Zewa nigdy nie grałem, ale Toruń od Bydgoszczy niedaleko, więc jakbyście kiedyś robili cthulu weekend, z chęcią bym się pisał :P. Oh, btw x2 - syndrom bohatera czasem się jednak w erpegach nie sprawdza :).

    Pozdrawiam,
    Skryba.

    OdpowiedzUsuń